poniedziałek, 24 czerwca 2013

Heartache

It's a heartache.

Dziwna pora jak na kolejny wpis. 

Wyjeżdżając z miasta K. myślałem, że robię coś, co będzie świetną przygodą, nowym przeżyciem i czymś zupełnie wyjątkowym. I owszem, mój wyjazd taki był, szkoda tylko, że w większości negatywnym sensie. Chcę wrócić do domu i odpocząć. Chcę położyć się w łóżku i najzwyczajniej potęsknić w samotności za moim panem O. (I found the love that I knew I had missed). Tak bardzo tęsknota.

Największym minusem jednak tego wszystkiego (a może i plusem?), jest moja relacja z panem D. Mimo, że była to relacja internetowa zawsze był, z chęcią mnie wysłuchał, bądź doradził. To było piękne, takie nienamacalne, ale wyczuwalne. Tak samo, jak piękne było pierwsze 9 dni mojego pobytu w mieście lodzermenschów. Dostawałem buziaka w policzek przed wyjściem do pracy i po powrocie z niej. Miałem do kogo się przytulić, czy w dzień czy w nocy. Zostałem tak często obdarowany uśmiechem. No po prostu super było, głupie wyjście z psem było przyjemnością. Niestety, zazwyczaj gdy jest zbyt pięknie, nie wiemy wszystkiego. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiem, co się stało, że zmieniłeś do mnie nastawienie i przestałeś się choćby odzywać. Przykro mi, bo wiem, że nie odbudujemy relacji, po prostu nie. Pominąwszy, tak czy siak dziękuję za miesiące spędzone przed komputerem na rozmowach ze mną, dzięki za te kilka, kilka przepięknych dni, spędzonych w cudownej atmosferze. Mimo, że nie trwało to długo - warto było przyjechać. A teraz? Teraz pozostaje samotność. Na końcu zawsze jest samotność. 

Nothing, but a heartache.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz