niedziela, 1 grudnia 2013

Kiedyś myślałem, że to nic innego, jak tylko gra, w której nikt nie wygrywa. Ty nie wygrywasz, a ja czuję, jak się kończę. Jednak ty wygrałeś, a ja się skończyłem. Balansowanie na krawędzi i ocieranie o dyskomfort już dawno się skończyło. Miało być wniebowstąpienie, a z tego balansowania wyszło nic więcej niż wpiekłostrącenie. To całe miejsce na mnie źle wpływa, nie jest Twoim podniebieniem i końcem języka. I ciągle ciężko mi wracać do miejsc, do fotografii, do piosenek, do słów, które odkrywałem będąc obok Ciebie. Ciężko uciekać do czegokolwiek, a w szczególności z jednych ramion w drugie. Zwłaszcza wtedy, gdy jest się świadomym, że nigdzie nie będzie tak wygodnie, jak u Ciebie.

Jest takie miejsce, którego nie powinno się dotykać. To miejsce na bolenie.


Znowu z trudem przyswajam piosenki xx'ów, znowu mam wkrętę na Last Kiss (i found a love that i knew i had missed). Doskonale pamiętam jak obejmowałeś mnie na koncercie, tę wspólną podróż w pociągu, jak wyglądałeś w świetle wschodzącego słońca (myślę, wspominam, nie wierzę, że nie ma Cię tam). Pocałunek, który nie przypuszczałem, że będzie ostatni (last kiss?). Nie przeszło mi nawet przez myśl, że odprowadzając Cię w to upalne przedpołudnie na przystanek, to będzie ostatnie spotkanie, kiedy nawzajem coś dla siebie znaczyliśmy (i pomyśleć, że nam wtedy wystarczało całkiem tak po prostu być!). Od tego wszystkiego minęło już ponad pół roku, miesiąc temu wierzyłem, że będę miał już spokój. Mamy pierwszy grudnia, a mnie dalej się na Ciebie choruje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz